Vertigo

Temperatura na minusie, rynek pełen uśmiechniętych, spieszących się ludzi. Stragany rozsypane wokół Sukiennic pachną, dymią, uginają się.

Grzańca?

Smakołyk?

Prezent dla najbliższych?

A może szukasz tu czegoś innego?

Przepychasz się w tłumie tu i tam, jeszcze czegoś potrzebujesz. I tamtego, i trochę tego. Zapomniałeś jeszcze o prezencie dla przyjaciela, wracasz się, bo widziałeś coś, co może się nadać.

Przypominasz sobie ile pracy czeka w domu, w końcu Święta to Święta. Ale to nic, na razie jesteś tutaj i chłoniesz pachnące pięknostki oświetlone jak w żadnej innej porze roku.

Tylko grudzień mamy tak wyjątkowy, krótkie dni rekompensujemy sobie dodatkowymi błyskotkami i światełkami. Światło świec i korzenne przyprawy tylko w zimie tak smakują. Dzieciństwem? Domem? Każdy ma własną odpowiedź.

 

 

A ty… Gdzie tak pędzisz?

 

Reklamy

Lustro malowane światłem – czyli dlaczego każde zdjęcie to autoportret?

Najpiękniejsze książki wpadają mi w ręce czystym przypadkiem.

Te poruszające głębiny, burzące ocean krwi. Inspirujące, napełniające płuca kolejnym oddechem.

Potoki cudzych słów (najczęściej, lecz także obrazów) zadziwiająco przystające do własnych myśli. Abstrakcyjnie połączone z aktualnym stanem ducha, aż dziw bierze, że można tak pisać (lub malować, robić zdjęcia – wpisz w kropki aktualne dla siebie słowo).

Joanna Stożek – znasz takie nazwisko? Także nie znałam. Ale maluje wyśmienite rzeczy. Polecam przynajmniej zobaczyć, ja pokochałam – za malarstwo, ale także za pięknie sklecone słowa wstępu do albumu „Jakowlew”.

 

Otóż artysta, jak zostało kiedyś powiedziane przez mądrą osobę, maluje przez calutkie życie autoportret, obraz siebie i tylko siebie. Każdy pejzaż, kwiatek i kotek jest właśnie grą z podświadomością (czy jakkolwiek to nazwiesz).

Przedstawiamy nasze rzeczywiste i nierzeczywiste obrazy (z głowy).

Słyszałam też, że wszystko co nas otacza jest w jakiś sposób naszym odbiciem, lustrem, w którym się przeglądamy.

 

I ja także maluje, światłem. Fotografia jest sztuką utrwalania tego, jak rozmieszczone jest światło w przestrzeni w danym momencie. Oko przez szkła aparatu widzi coś, ręka tej samej osoby naciska spust migawki.

Pstryk!

I mamy zdjęcie. Obraz siebie, tego co widzimy. Autoportret.

To samo (?) widzimy później na ekranie lub wydruku. Ale czy na pewno? Każda osoba przedstawi pejzaż, kwiatka i kotka inaczej, to znaczy po swojemu.

 

 

Zdjęcia powyżej pochodzą z serii „Niepokój i inne emocje | chwila do kwadratu

(Chwila i emocja uchwycona telefonem, czyli tym co było pod ręką. Na szybko, krzywo i bez zastanowienia, „odfiltrowane” instagramem.)

Niektóre z nich publikuję pierwszy raz 🙂

Sesja rysunkowa

Autobus dowoził mnie na Dworzec Główny, skąd jedyną sobie wtedy znaną drogą szłam pieszo przez krakowskie Planty w kierunku studia rysunku (przygotowującego mnie wówczas do egzaminu z rysunku odręcznego). Tak poznawałam magiczny Kraków, w pogodzie i niepogodzie.

Co sobotę ta sama trasa, za każdym razem lekko modyfikowana. Na plecach tuba lub teczka z rysunkami.

Mogłam wtedy już sprawdzić na mapie o wiele krótszą drogę do studia, ale nie poznałabym tylu zakamarków tej części miasta, co wtedy. Droga była przygotowaniem psychicznym na czekające mnie przez najbliższe godziny wyzwania.

Zapach grafitu zmazywanego gumką chlebową, szelest szybkich i precyzyjnych ruchów dłoni nad kartkami dużego formatu. Od szkicu perspektywy do detali kończących dzieła. Pomocny szept lub donośniejszy komentarz prowadzącego znad ramienia.

Na końcu pakowanie się i wizja rysunków, jakie miało się przygotować w ramach zadania domowego – również na dużym formacie.

A wy, jak wyglądała (lub wygląda) wasza przygoda z kursami rysunku?

 

 

Szybka sesja dla Kurs Rysunku ABSM, którego studio mieści się przy Rondzie Mogilskim w Krakowie. Przytulne miejsce, do którego lubię wpadać od czasu do czasu na herbatę 🙂

 

Tryptyk z Islandią w tle

Są kadry, które czekają na wykonanie. Chwile i emocje, które należy uwiecznić. To jedna z nich.

[klik – The Magic Carpathians]

Mroczne, lekko mistyczne  wnętrze, niewyraźne światło podświetlające jego zarys. Uśmiech nie znika z twarzy, atmosfera mimo przydymionych ścian i cicho sączącej się, spokojnej muzyki nie jest ponura. Siedzą obok siebie, ona i on, przyjaciele z odległego czasu i miejsca.

 

Poniżej on. Gość z dalekiej krainy, zafascynowany Islandią. Miejscem, gdzie o tej porze roku światło jest na wagę złota.

Poznajcie Maćka.

 

 

 

 

—————-

[English:]

Some emotions and moments just wait to be immortalized. This is one of these.

[klik – The Magic Carpathians]

Dark, mystical interior, dimmed light highlights only his contour. Smile does not vanish, and the atmosphere despite smoky walls and silent, smooth music is not gloomy at all. They are sitting next to each other, her and him, friends from a distant time and place.

In the fotos – him. A visitor from a distant land, fascinated in Iceland. Place where the light is as precious as gold at this time of the year.

Meet Maciej.

Podróż życia

Życie to podróż. W sensie ogólnym i szczególnym.

Przeglądając ostatnio własne zdjęcia (z mojego wielkiego zbioru na dysku) pomyślałam, że aparat towarzyszy nam zwykle podczas wycieczek, urlopów, dni wolnych. Po wakacjach letnich, czy też zimowych, mamy przeświadczenie, że nasze życie na tym polega. Od urlopu do urlopu, nacykać fotek, powrzucać je znajomym albo móc zmienić zdjęcie profilowe.

Później codzienność zakuwa nas w pewien określony rytm, któremu się poddajemy aby móc potem odpocząć od własnego życia. I takie podejście nie jest ani dobre, ani złe, jest jednym z wielu 🙂

Ale pójdźmy o krok dalej. Co z dniami, których nie ma w naszym zbiorze zdjęć? Czy całkiem o nich zapominamy z biegiem czasu?

Przeraziła mnie luka zeszłoroczna, praktycznie całe lato. Mam taką przypadłość, że zdjęcia, które robiłam, przypominają mi dokładną atmosferę i emocje towarzyszące tamtej chwili. Oprzytomniałam. Przecież są, ale jeszcze nie przejrzałam… Nie wyparowały z powierzchni ziemi.. Jeszcze! Są głównie wirtualne.

 

 

Życie to podróż. Od święta do święta wracamy do babcinych zdjęć trzymanych przez nią w zabytkowej torbie po pradziadku. Zapach starego, zakurzonego materiału i pamięć jej dłoni przerzucających kolejne fotografie. To zostaje.

Wyciągamy czasem te wywołane przez ojców, dziadków i wujków, i podróżujemy przez cudze wspomnienia nie mając często możliwości spytać o okoliczności ich powstania, sfotografowane osoby, uchwycone kadry.

Mamy wiele szczęścia. Wywołane dawniej zdjęcia są obecne, nawet jeśli brakuje nam kontekstów. Jeszcze więcej szczęścia mamy, gdy jest okazja porozmawiać o nich z osobami, w których wspomnieniach te fotografie to nie tylko zadrukowany papier.

Podróżujmy.

 

Co ten wrzesień..?

Deszcz nie ustaje już od kilku dni. Jesień jakoś zaskakująco szybko przyszła tego roku. Co ten wrzesień? Jeszcze niedawno był upalnym sierpniem obserwowanym zmrużonymi oczami zza okularów przeciwsłonecznych.

Pamiętam go, był inny. Ciepły i pogodny, uśmiechnięty wrzesień. Nawet na wschód słońca na Babiej Górze udało się wybrać. Teraz zaś leje niemiłosiernie. Deszcz i chłód przyprawił szokiem gwałtowne odejście lata.

Tegoroczny wrzesień kąsa zimnem. Zanim się przyzwyczaję do nowej pory roku muszę trochę odkapać, bo świat przemókł zupełnie. Tak jak leżące obok chusteczki.

 

 

Ps. Zdjęcia z cyklu Niepokój. Zrobione na szybko czymkolwiek.

Sierpniowa magia

[klik]

Koniec sierpnia cechuje jedyna w swoim rodzaju magia wstawania w chłód poranka i picia parującej, mocno pachnącej kawy.

To jeszcze lato, lecz nie do końca tak samo intensywnie ciepłe jak uprzednio. W żadnej innej porze roku nie smakuje ten poranek tak samo jak teraz, zanim nadejdzie prawdziwa jesień, a miękkie liście i stuk spadających kasztanów zasypią świat…

Przelewasz napój do kubka, a serce rośnie. Niepojęte. Mała dziewczynka niedowierzała: jak to się dzieje, że dorośli DOBROWOLNIE łykają takie coś? Dorosła już kobieta w prawie każdy poranek krzepi się czarnym napojem i uśmiecha się do dawnej siebie: jak ty mało wiesz. Mało wiesz jeszcze, dziewczynko.

Końcem sierpnia łapiesz ostatnie łyki lata jak ryba na powierzchni. Zanurzysz się potem w wilgoć mgieł i zapach rozkładających się powoli roślin. Ale ale, zanim to nastąpi nacieszysz się przecież słabnącym ciepłem sierpniowego słońca.

Nic nie smakuje tak samo jak poranna kawa końcem sierpnia…

 

 

 

 

 

— Eng. version for my friends 😉 — 

August slowly ends with its unique process of getting up into chill of the morning and drinking steaming, smelling coffee. It’s still summer, but not quite as intensively warm as it used to be. No other season’s morning tastes the same, before real autumn comes and the whole world is covered with the soft leafs mixed with the chestnut tapping.

Pouring luquid into favourite mug, heart grows. Incomprehensible. Little girl was amused: how is it that grownups swallow that thing VOLUNTARILY? Already grownup woman does it almost every morning: strenghtens with the same black liquid and smiles to her former self. Oh little girl, you know nothing.

August slowly ends and you grasp it, like a fish trying to breathe on the water surface. You will immerge into humid fogs and the smell of decomposing plants. But before that happens you can cheer yourself up with the fading warmth of the August sun.

August slowly ends and the last sip of my morning coffee remained.  Nothing tastes so good.

Fotograficzna opowieść, czyli o czym pamiętać składając swoją foto-książkę i dlaczego warto przeglądać własne zdjęcia

No, w końcu! Nie obyło się bez małych komplikacji. Nareszcie mogę Wam zaprezentować  swoją foto-książkę.  Co, jak, gdzie, dlaczego? Wszystko po kolei 🙂

[Psst! Na końcu znajdziecie kilka porad, które przydadzą się przy składaniu i zamawianiu foto-książki. Klikajcie, oglądajcie!]

Post będzie dziś o moich małych i większych sukcesach, będzie trochę przemyśleń. Przygotujcie się na (nie tak) krótką opowieść o tym w jaki sposób udało mi się podsumować wszystko co do tej pory zrobiłam i co z tego wniknęło (oprócz formy materialnej – foto-książki).

 

DSC_0112
sesja Vimine

Trzymam właśnie w ręku podsumowanie swoich ostatnich lat pstrykania. 

Była to doskonała okazja do przejrzenia raz jeszcze ogromnego zbioru zdjęć i pozbycia się emocji z nimi związanych. Tak, do niektórych zdjęć podchodzi się emocjonalnie.  Jak to, spytacie. Czemu chciałam odrzucić sentymenty? No tak, bo przeglądając tyle gb fotografii należało zrobić to jak najsprawniej i najsensowniej. Nie zanurzać się w każdy kadr, nie wczuwać się w jego atmosferę, spojrzeć chłodnym okiem estety. Poukładać wybrane w pierwszym rzucie w pewną opowieść, którą miały w zamyśle tworzyć. Same najlepsze. Te, które pokazują dokładnie to, co chcę pokazać.

Z każdym kolejnym wybranym zdjęciem było coraz łatwiej dostrzec zależności między nimi, podobieństwa, pewien logiczny ciąg. Był to świetny proces, bardzo ułatwiający spojrzenie z dystansu na własne dzieło, pracę i czas poświęcany na fotografię. Mały rachunek sumienia. Regularne „sortowanie” masy zdjęć to także doskonały sposób na zmianę perspektywy i dostrzeżenie zmian we własnej percepcji. 

 

DSC_0122

Jak wpadłam na ten pomysł i czemu fotoksiążka?

Już od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem wydrukowania zdjęć w formie portfolio. Okazja trafiła się przypadkiem, Saal-design dał mi możliwość stworzenia testowej foto-książki. Nie mogłam się nie skusić 🙂

 

DSC_0109
interior

Jak przebiegał proces tworzenia? Jak działa aplikacja?

Na wstępie zaznaczam, iż do projektu chciałam zabrać się jak laik nie mający pojęcia o programach graficznych i druku w ogóle i szczególe. Nie udało się, nawyki z innych programów graficznych są nie do wyzbycia. Przyzwyczaiłam się po chwili do apki, nie miałam z nią najmniejszego problemu… poza kilkoma wyjątkami, o których zaraz, poniżej.

Wcześniej przygotowałam sobie zdjęcia, jeszcze raz przejrzałam i po zapoznaniu się z szablonami apki Saal-design zrodziła się w głowie koncepcja układu i szaty. Świetnie! Do dzieła.

Aplikacja prowadzi nas krok po kroku przez cały proces. Ładuje dane, otwiera się i można działać. Wybrałam opcję gotowych szablonów, które wydały mi się sensownym rozwiązaniem. Trzeba tylko pamiętać, że niektóre z nich ucinają zdjęcia do formatu ramki, o czym przekonałam się pod koniec całego składu książki. Ale jest to do ogarnięcia, szablony ułatwiają pracę. Brakowało mi kilku zestawień, które można  stworzyć na bazie gotowych szablonów i zapisać.

Dla mnie nie jest intuicyjna jak inne komercyjne programy graficzne – nie jest jednak przecież komercyjnym programem graficznym, a jedynie apką do składania foto-książek. Zadanie spełnia, nie będę się czepiać drobnych szczegółów, które nie spędzają snu z powiek. Chyba, że tak jak ja masz przyrodzony dar przyciągania dziwnych przypadków… 😉

 

DSC_0116
night

Pierwszy poważny problem

Aplikacja zawiesiła się w momencie zapisywania kompozycji. Projekt już w połowie ukończony, a tu taka niespodzianka… Reset komputera nic nie daje. Napisałam do support’u, lecz chcąc wykorzystać czas, który miałam akurat tego dnia zaczęłam na nowo. W sumie szło mi sprawniej, ponieważ wiedziałam już więcej „co i jak”. Support wsparł mnie niezawodnie, książkę już niestety złożyłam, zanim dowiedziałam się, że wystarczyło zainstalować aplikację na nowo – miało to pomóc… Widzę tu kolejne potencjalne problemy, lecz nie ma co gdybać. Książka złożona.

 

DSC_0117
animals

Zamawianie

Poszło zaskakująco bezproblemowo, poza faktem, iż dopłacić różnicę za przesyłkę i dodatkowe strony mogłam jedynie paypal’em lub kartą Visa. Poradziłam sobie, kliknęłam, czekałam w napięciu czy teraz także coś pójdzie nie całkiem po mojej myśli. 

Wszystko zakończyło się sukcesem, gdybym mogła uściskałabym apkę Saal-design, tyle razem przeszłyśmy! Od radości, przez ekscytację do małych irytacji i konfuzji.

 

DSC_0114
nature

Dostałam przesyłkę!

Zapakowana bardzo dobrze. Foto książka przyszła nienaruszona, prosto z drukarni.

Pierwsze wrażenie: super! Okładka jakiej można było się spodziewać, trochę jak gruby zeszyt. W środku karki bardzo dobrej jakości, grube, takie jak chciałam.

Drugie wrażenie: czy ja to tak ustawiałam..? Na chybił-trafił otworzyłam środek, trafiłam akurat na strone, gdzie brakuje zdjęcia, a drugie jest przestawione.

Trzecie wrażenie: brakuje kilku zdjęć! Nie tylko tego jednego nie było, brakowało pięciu pozostałych. 

 

DSC_0119
cykl – chwila do kwadratu

Jak to się skończyło?

Zareklamowałam. Brakuje zdjęć.

Przy reklamacji musicie skorzystać z formularza. W formularzu mogłam wybrać kupon rabatowy lub fakturę korygującą. Pomimo niepewności, czy znowu nie wyjdzie tak samo,  już wkrótce dostałam e-mail z support’u. Po poprawieniu pliku (podczas przesyłania musiał wystąpić błąd) zamówiłam kolejną (tą samą) foto-książkę, oczywiście bez kosztów.

Z bijącym sercem otworzyłam paczkę, przewertowałam foto-książkę. Wszystko na swoim miejscu! 🙂 

 

DSC_0113
sesja Vimine

 

DSC_0111
sesja Vimine

O czym pamiętać tworząc foto-książkę (przy użyciu aplikacji)?

  • Dobrze skalibruj monitor

    Brzmi zabawnie? Banalnie? Myślisz, że problem Cię nie dotyczy? Nie jest śmiesznie, gdy bierzesz do ręki wydruk, na którym zdjęcia są po prostu w innej tonacji!

  • Używając aplikacji sprawdź kilka rzeczy: przede wszystkim rozdzielczość zdjęć, które wrzucasz!

  • Przy moim małym formacie 15×21 wszystko wygląda super, zresztą zadbałam o jakość zdjęć. Aplikacja nie powiadamia nas o tym, że zdjęcie jest za małe dla danego obszaru. Dlatego wklejając zdjęcie w gotowy szablon upewnij się, czy czegoś nie ucięło.

  • Aplikacja nie powiadamia nas o tym, że zdjęcie zostało rozciągnięte w ramce, przycięte w obszar szablonowej ramki.

  • Sprawdź obszar druku książki – jeśli aplikacja podpowiada Ci, że coś jest nie tak (na czerwono plus komunikat) to być może fragment zdjęcia lub tekst rzeczywiście leży poza obszarem wydruku.

  • Refleksja: Obszar druku powinien być być może w aplikacji zaznaczony innym kolorem niż tło, aby nie pomylić się i nie umieścić tam ważnych dla nas elementów np. napisów. Nie jest, więc uważajmy.

  • Spiesz się powoli! Pośpiech nie jest wskazany.

  • Kombinuj. Bądź kreatywny, przestawiaj, sprawdzaj, mieszaj. Zmieniaj gotowe układy.

  • Nie popadaj w perfekcjonizm. Co za dużo to niezdrowo, a przecież mówi się, że dobrymi intencjami jest wybrukowane piekło 😉 W końcu to tylko (i aż?) foto-książka.

 

 

DSC_0131

PS. Zapraszam do obejrzenia na żywo przy dobrej kawie 🙂

(L)śnienie

Czytaliście już o moim przebudzeniu (Przebudzenie wampira) w mieście ze snów (Miasto ze snów).

Dzisiejsze śnienie lśni w ostrym słońcu.

Kadry wyginają się we wszystkie strony, kolory oszalały.

Taki był kolejny portugalski sen.

Zaczęło się od mocnego espresso w drodze do Jardim de Estrela, przez Boco de Inferno, Lizbońskie sklepiki, ukwiecone zaułki…

Bonus dla was: windswept idealnie komponujący się w dzisiejszym snem 🙂

PS. Wiecie, że dziś wypada rocznica tej strony?

Przebudzenie wampira

Pierwszy poranek w Lizbonie powitał mnie ostrym, palącym słońcem. Pod powiekami migotały resztki snów, bardzo intensywnych, jak to zwykle bywa w nowym miejscu. Wtedy moja blada skóra  kolejnego wieczoru miała boleśnie przekonać się o tym, że słońce Portugalii nie jest idealnym miejscem do życia dla wampirów.

Klimat snu da się poznać po kolorystyce lub odczuciach. Te tutaj (w Portugalii) miały zapach 300-letniego mieszkania, bazylii, nieznanego proszku do prania i czegoś jeszcze…

Oglądając mieszkanie snułam się próbując zachować resztki sennych wspomnień, jednak cała Lizbona jest miastem z moich snów… Jak to pogodzić? Nie walczyć, budzić się i śnić, kłaść się i śnić dalej. A po powrocie do Polski obejrzeć zdjęcia i nie uwierzyć własnych oczom 😉

 

 

 

Jakie są Twoje sny? Napisz mi proszę, chętnie się w nie zanurzę choć na milisekundę.

 

PS. Mały bonus: Muzyka dla „śpiochów” 😉 Czyli ta, która mi się dzisiaj śniła.