Sesja rysunkowa

Autobus dowoził mnie na Dworzec Główny, skąd jedyną sobie wtedy znaną drogą szłam pieszo przez krakowskie Planty w kierunku studia rysunku (przygotowującego mnie wówczas do egzaminu z rysunku odręcznego). Tak poznawałam magiczny Kraków, w pogodzie i niepogodzie.

Co sobotę ta sama trasa, za każdym razem lekko modyfikowana. Na plecach tuba lub teczka z rysunkami.

Mogłam wtedy już sprawdzić na mapie o wiele krótszą drogę do studia, ale nie poznałabym tylu zakamarków tej części miasta, co wtedy. Droga była przygotowaniem psychicznym na czekające mnie przez najbliższe godziny wyzwania.

Zapach grafitu zmazywanego gumką chlebową, szelest szybkich i precyzyjnych ruchów dłoni nad kartkami dużego formatu. Od szkicu perspektywy do detali kończących dzieła. Pomocny szept lub donośniejszy komentarz prowadzącego znad ramienia.

Na końcu pakowanie się i wizja rysunków, jakie miało się przygotować w ramach zadania domowego – również na dużym formacie.

A wy, jak wyglądała (lub wygląda) wasza przygoda z kursami rysunku?

 

 

Szybka sesja dla Kurs Rysunku ABSM, którego studio mieści się przy Rondzie Mogilskim w Krakowie. Przytulne miejsce, do którego lubię wpadać od czasu do czasu na herbatę 🙂

 

Reklamy

Tryptyk z Islandią w tle

Są kadry, które czekają na wykonanie. Chwile i emocje, które należy uwiecznić. To jedna z nich.

[klik – The Magic Carpathians]

Mroczne, lekko mistyczne  wnętrze, niewyraźne światło podświetlające jego zarys. Uśmiech nie znika z twarzy, atmosfera mimo przydymionych ścian i cicho sączącej się, spokojnej muzyki nie jest ponura. Siedzą obok siebie, ona i on, przyjaciele z odległego czasu i miejsca.

 

Poniżej on. Gość z dalekiej krainy, zafascynowany Islandią. Miejscem, gdzie o tej porze roku światło jest na wagę złota.

Poznajcie Maćka.

 

 

 

 

—————-

[English:]

Some emotions and moments just wait to be immortalized. This is one of these.

[klik – The Magic Carpathians]

Dark, mystical interior, dimmed light highlights only his contour. Smile does not vanish, and the atmosphere despite smoky walls and silent, smooth music is not gloomy at all. They are sitting next to each other, her and him, friends from a distant time and place.

In the fotos – him. A visitor from a distant land, fascinated in Iceland. Place where the light is as precious as gold at this time of the year.

Meet Maciej.

Podróż życia

Życie to podróż. W sensie ogólnym i szczególnym.

Przeglądając ostatnio własne zdjęcia (z mojego wielkiego zbioru na dysku) pomyślałam, że aparat towarzyszy nam zwykle podczas wycieczek, urlopów, dni wolnych. Po wakacjach letnich, czy też zimowych, mamy przeświadczenie, że nasze życie na tym polega. Od urlopu do urlopu, nacykać fotek, powrzucać je znajomym albo móc zmienić zdjęcie profilowe.

Później codzienność zakuwa nas w pewien określony rytm, któremu się poddajemy aby móc potem odpocząć od własnego życia. I takie podejście nie jest ani dobre, ani złe, jest jednym z wielu 🙂

Ale pójdźmy o krok dalej. Co z dniami, których nie ma w naszym zbiorze zdjęć? Czy całkiem o nich zapominamy z biegiem czasu?

Przeraziła mnie luka zeszłoroczna, praktycznie całe lato. Mam taką przypadłość, że zdjęcia, które robiłam, przypominają mi dokładną atmosferę i emocje towarzyszące tamtej chwili. Oprzytomniałam. Przecież są, ale jeszcze nie przejrzałam… Nie wyparowały z powierzchni ziemi.. Jeszcze! Są głównie wirtualne.

 

 

Życie to podróż. Od święta do święta wracamy do babcinych zdjęć trzymanych przez nią w zabytkowej torbie po pradziadku. Zapach starego, zakurzonego materiału i pamięć jej dłoni przerzucających kolejne fotografie. To zostaje.

Wyciągamy czasem te wywołane przez ojców, dziadków i wujków, i podróżujemy przez cudze wspomnienia nie mając często możliwości spytać o okoliczności ich powstania, sfotografowane osoby, uchwycone kadry.

Mamy wiele szczęścia. Wywołane dawniej zdjęcia są obecne, nawet jeśli brakuje nam kontekstów. Jeszcze więcej szczęścia mamy, gdy jest okazja porozmawiać o nich z osobami, w których wspomnieniach te fotografie to nie tylko zadrukowany papier.

Podróżujmy.

 

Słoneczna

[„Złotawa, krucha i miła.

To ty, ty jesteś ta dziewczyna” 😉  – klik]

 

Niezwykle słoneczną pogodę należało wykorzystać. Z pomocą przyszła rozpromieniona Ilona, chętnie stając przed obiektywem.

 

 

 

Wkrótce ujęcia z podróży do krainy retro, jaką odbyłyśmy tego dnia 😉

 

 

Co ten wrzesień..?

Deszcz nie ustaje już od kilku dni. Jesień jakoś zaskakująco szybko przyszła tego roku. Co ten wrzesień? Jeszcze niedawno był upalnym sierpniem obserwowanym zmrużonymi oczami zza okularów przeciwsłonecznych.

Pamiętam go, był inny. Ciepły i pogodny, uśmiechnięty wrzesień. Nawet na wschód słońca na Babiej Górze udało się wybrać. Teraz zaś leje niemiłosiernie. Deszcz i chłód przyprawił szokiem gwałtowne odejście lata.

Tegoroczny wrzesień kąsa zimnem. Zanim się przyzwyczaję do nowej pory roku muszę trochę odkapać, bo świat przemókł zupełnie. Tak jak leżące obok chusteczki.

 

 

Ps. Zdjęcia z cyklu Niepokój. Zrobione na szybko czymkolwiek.

Sierpniowa magia

[klik]

Koniec sierpnia cechuje jedyna w swoim rodzaju magia wstawania w chłód poranka i picia parującej, mocno pachnącej kawy.

To jeszcze lato, lecz nie do końca tak samo intensywnie ciepłe jak uprzednio. W żadnej innej porze roku nie smakuje ten poranek tak samo jak teraz, zanim nadejdzie prawdziwa jesień, a miękkie liście i stuk spadających kasztanów zasypią świat…

Przelewasz napój do kubka, a serce rośnie. Niepojęte. Mała dziewczynka niedowierzała: jak to się dzieje, że dorośli DOBROWOLNIE łykają takie coś? Dorosła już kobieta w prawie każdy poranek krzepi się czarnym napojem i uśmiecha się do dawnej siebie: jak ty mało wiesz. Mało wiesz jeszcze, dziewczynko.

Końcem sierpnia łapiesz ostatnie łyki lata jak ryba na powierzchni. Zanurzysz się potem w wilgoć mgieł i zapach rozkładających się powoli roślin. Ale ale, zanim to nastąpi nacieszysz się przecież słabnącym ciepłem sierpniowego słońca.

Nic nie smakuje tak samo jak poranna kawa końcem sierpnia…

 

 

 

 

 

— Eng. version for my friends 😉 — 

August slowly ends with its unique process of getting up into chill of the morning and drinking steaming, smelling coffee. It’s still summer, but not quite as intensively warm as it used to be. No other season’s morning tastes the same, before real autumn comes and the whole world is covered with the soft leafs mixed with the chestnut tapping.

Pouring luquid into favourite mug, heart grows. Incomprehensible. Little girl was amused: how is it that grownups swallow that thing VOLUNTARILY? Already grownup woman does it almost every morning: strenghtens with the same black liquid and smiles to her former self. Oh little girl, you know nothing.

August slowly ends and you grasp it, like a fish trying to breathe on the water surface. You will immerge into humid fogs and the smell of decomposing plants. But before that happens you can cheer yourself up with the fading warmth of the August sun.

August slowly ends and the last sip of my morning coffee remained.  Nothing tastes so good.

(Waiting for) the Sun

Magia słońca w czystej postaci. Polecam każdemu, szczególnie temu, kto jeszcze nie miał okazji tego doświadczyć.

Nie sposób było wstać tak wcześnie, aby załapać się na resztkę Drogi Mlecznej i wschód słońca i nie marudzić… Tak mi się przynajmniej wydawało, dopóki nie zobaczyłam nieba nad sobą. Miało niesamowitą barwę, której pozazdrościłby niejeden impresjonista. Piękny, głęboki błękit. Mój ulubiony. Po chwili zaczął powoli przeplatać się z ciepłymi tonami, zapowiedzią wschodu!

Dotarłam na czas. W sam raz na spektakl. Siedząc na sztywnej górskiej trawie widziałam swój pierwszy górski wschód słońca.

Nawet jakiś górski ptak załapał się do sesji, przyłapany na wpatrywaniu się w słońce.

Klikajcie, łapcie promienie słoneczne.

 

Kadry m.in. z jesiennego wschodu słońca na Babiej Górze 🙂 Dwa z nich z drogi na Siwy Wierch (który był o wiele dalej, niż mogło się wydawać…).

2016 kadrów czyli subiektywne podsumowanie.. i o tym dlaczego to co najlepsze jest najczęściej spontaniczne

Zadomowił się już u nas drugi dzień nowego 2017 roku, naturalną czynnością jest dla większości śmiertelników przeprowadzenie choćby w głowie małego rankingu czasu minionego. Ochłonęliśmy już bo zabawie Sylwestrowej, czas więc na małe podsumowanie.

Co też do tej pory, przez te 12 miesięcy, udało mi się w kwestii „pstrykania”? Przekonajcie się sami.

Czytaj dalej „2016 kadrów czyli subiektywne podsumowanie.. i o tym dlaczego to co najlepsze jest najczęściej spontaniczne”

(r)O(z)GRZEWAMY się

Jesień trzyma się nas kurczowo, my trzymamy równie kurczowo kolejny kubek z kawą. Słońce jakieś odległe, nie daje tyle ciepła, ile można by chcieć. W końcu połowa listopada za nami, nie da się ukryć, czego więc chcemy?

Magda mówi. Patrzy przez okno raz po raz i żywo  gestykuluje kciukami. Tak, bo reszta palców nie chce się oderwać od białej filiżanki, groziłoby to utratą cennego źródła ciepła.

Wkrótce kubek jest prawie pusty, dłonie jednak wciąż go obejmują. Trochę jakby z przyzwyczajenia, a trochę jakby przedłużając tą jedną, jedyną chwilę. No nic, wychodzimy na lekko nabrzmiałe mrozem i przeszyte listopadowym słońcem powietrze.

paulau-3